Maciej Ryś - Pierogi na ośmiotysięczniku

Moja droga na Manaslu

24 września 2025, około 1:30 w nocy, stanąłem na szczycie Manaslu (8163 m). To moment, w którym dołączyłem do grona zdobywców ośmiotysięczników.

Na szczycie, przy świetle gwiazd, wyjąłem z plecaka coś, co od dawna miałem przygotowane – pierogi z kapustą i grzybami. Zjadłem je z uśmiechem, marznąc w ciszy i ciemności, i pomyślałem, że być może jestem jedyną osobą na ziemi (nie w kosmosie), która skorzystała z tej przyjemności powyżej ośmiu tysięcy metrów.

Wszedłem nocą, w trzyosobowym zespole, bez tłumów, bez kolejek. Było spokojnie, cicho, a nade mną rozciągało się najpiękniejsze niebo, jakie widziałem w życiu. Zrobiłem to po swojemu – tak, jak chciałem. I może właśnie dlatego ten moment był tak magiczny.

Był to finał sześciu tygodni spędzonych w Himalajach – po obu stronach gór: nepalskiej i tybetańskiej. W tym czasie nauczyłem się wiele o sobie, o cierpliwości i o tym, że góry nie zawsze pozwalają na realizację planów, ale zawsze oferują coś w zamian.

Okres przygotowywań oraz trudności

Rok przed wyprawą rozpocząłem intensywne przygotowania. Trenowałem pod okiem Emilii Włodkowskiej, trenerki przygotowania wysokogórskiego i fizjoterapeutki, oraz Marty Naczyk, dietetyczki sportowej. Tym razem wszystko było zaplanowane metodycznie i profesjonalnie – bez improwizacji, z dyscypliną i konsekwencją. Dzięki temu akcję górską mogłem prowadzić niemal bez przerw.

Podczas wyprawy towarzyszyło mi ogromne wsparcie rodziny i przyjaciół. To właśnie ono dawało mi siłę w trudniejszych momentach. Bo choć warunki bywały ekstremalne, a zmęczenie czasem graniczyło z wyczerpaniem, najtrudniejsze w całej wyprawie okazało się coś zupełnie innego – rozłąka z bliskimi.

Twój cel wydaje się daleki i trudny? Pomożemy Ci postawić ten pierwszy, najważniejszy krok.

Lekcja cierpliwości i zmiany planów

Na samo Manaslu wszedłem w zaledwie siedem dni – wliczając w to rotację wysokościową. Pierwotnie jednak w ogóle nie planowałem Manaslu. Celem było Cho Oyu (8188 m) – mój wymarzony szczyt po stronie Tybetu. Niestety, podczas ataku szczytowego zaskoczyła nas gwałtowna burza śnieżna i musieliśmy się wycofać. Góra nie była w tym roku gościnna.

Wtedy, trochę spontanicznie, padła decyzja: spróbuję na Manaslu. A że góry lubią zaskakiwać, los miał dla mnie jeszcze jeden żart. Po zejściu z Manaslu planowałem zdobyć Island Peak (6189 m) – „najłatwiejszy” z nepalskich sześciotysięczników. Tym razem przeszkodą okazał się śnieg – głęboki na półtora metra, skutecznie odcinający drogę do szczytu.

Wspinałem się w swoim stylu – niezależnie, choć nie samotnie. Towarzyszył mi Chhiring Sherpa, z którym tworzyliśmy mały, zgrany zespół. Nie należałem do żadnej grupy komercyjnej, choć współpracowałem z nepalską agencją. To dawało mi wolność – mogłem działać według własnego rytmu, słuchać ciała i gór, a nie harmonogramu ekspedycji.

Marzenia mają terminy realizacji

Kiedy po wszystkim wróciłem do Polski, czułem ogromną ulgę i wdzięczność. Góry dały mi to, po co tam poszedłem – spokój, radość, satysfakcję. Ale też przypomniały, że każdy szczyt ma swoją cenę. Każdy dzień w Himalajach to osobna opowieść – o pogodzie, wysiłku, emocjach i spotkaniach z ludźmi, którzy myślą i czują podobnie. Każda z tych historii mogłaby być rozdziałem książki. Może kiedyś będzie.

Na razie zostaję z jednym prostym wspomnieniem: nocne wejście, ciche niebo nad głową i pierogi z kapustą i grzybami na ośmiotysięczniku. Smak, którego nie zapomnę do końca życia.

Ta wyprawa nauczyła mnie, że marzenia naprawdę nie mają granic – mają tylko terminy realizacji. Czasem trzeba zmienić plan, czasem przegrać z burzą śnieżną, żeby odkryć coś ważniejszego. Każdy ma swoje „Manaslu” – cel, który wydaje się daleki i trudny. Warto jednak zrobić pierwszy krok. Bo z odrobiną odwagi, pracy i wiary w siebie, nawet pierogi można zjeść na ośmiotysięczniku.

Kto stoi za formą Macieja w najwyższych górach świata?

Emilia Włodkowska

Trenerka w zespole Forma na Szczyt, absolwentka Gdańskiego AWFu, fizjoterapeutka, trenerka przygotowania motorycznego. Na co dzień zajmuję się głównie problemami układu ruchu, ortopedią urazową oraz prewencją kontuzji.

Opiekuję się sportowcami zawodowymi oraz amatorami. Pracowała z kadrą narodową kanadyjkarek juniorek, zawodniczkami klasy mistrzowskiej gimnastyki sportowej, tenisistami, lekkoatletami, triathlonistami, piłkarzami oraz siatkarzami.

W górach jest o każdej porze roku, czy to w skale czy w lodzie.

Marta Naczyk - dietetyczka sportowa
Marta Naczyk

dietetyk sportowy w Formie na Szczyt, łączący pasję do górskich wyzwań wraz z logistyką żywieniową.

Zajmuje się żywieniem osób, które przygotowują się do wypraw wysokogórskich, polarnych, szlaków długodystansowych, wspinają się, uprawiają narciarstwo/skialpinizm i sport wytrzymałościowe (biegi ultra, kolarstwo, triathlon).

Pracownik Zakładu Biochemii Żywienia Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, przez kilka lat szkoleniowiec Kadry Himalaistów PZA, odpowiedzialna za zaplecze żywieniowe wyprawy oraz opiekę dietetyczną Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 2017-2018.

Jesteśmy nie tylko teoretykami! Poza wspieraniem żywieniowo swoich podopiecznych Marta niejednokrotnie staje na podium w biegach górskich, zawodach rowerowych i triathlonie.

Każdy z nas ma swoje własne „Manaslu”. Nieważne, czy to Twój pierwszy trekking w Tatrach, czy wyprawa życia w Himalajach – pomożemy Ci tam wejść